Midnite Confessions Double Feature: THE GEEK / WET WILDERNESS

W kolejnej odsłonie "Double Feature" prezentuję dwa nikczemne roughie z lat 70. W jednym z nich znajdziemy ślady Wielkiej Stopy, w drugim - wkroczymy na znajome proto-slasherowe szlaki. Ostrzegam: będzie prymitywnie i z kompletnym brakiem poszanowania zasad politycznej poprawności. Shall We Begin?

The Geek (1971)
dir. (no data)



Sześcioro podróżników udaje się na położone na północy Stanów pustkowie. Planują odnaleźć dowody na istnienie Wielkiej Stopy (tutaj nazywanej "the Geek"). Śmiałkowie nie spodziewają się nawet, jak przerażająca prawda kryje się za legendami...


"The Geek" to chałupniczo nakręcony pornos, wykorzystujący popularny motyw Sasquatcha. Jak informują plansze na samym wstępie, plotki o istnieniu człekokształtnej bestii rozpowszechniane były od dwóch wieków. Początek zwiastować mógłby niskobudżetowy horror, jednak grozy czy krwawych efektów tutaj nie uświadczymy. Dostajemy za to narrację z offu, amatorskie aktorstwo oraz rozciągnięte w czasie (czyt. nudne) sceny kopulacji. Tradycyjnie pomyślane, wszak produkcja pochodzi z początków lat 70. (trochę seksu oralnego, nieudolnie sfilmowane penetracje). Akcji zero, tylko trzy zarośnięte pary, które włóczą się bez celu, rozbijają namioty, uprawiają w nich seks, dalej się włóczą, uprawiają seks, itd., itp.


Sam stwór pojawia się dopiero w ostatnich minutach i on też na myśli ma tylko jedno. Ochoczo zabiera się do gwałcenia homo sapiens płci żeńskiej. Idzie mu to zgoła niezdarnie, bo owłosiony humanoid ma wyraźne problemy z erekcją i raczej skromnych rozmiarów członka, którego ledwo wyciąga z małpiego kostiumu. Dziewczyny zdają się przeżywać katusze, ich faceci podejmują daremne próby odpędzenia napastnika. Po czym historia... po prostu się urywa. Najwyraźniej na tym etapie, filmowcom "od siedmiu boleści" skończył się zapas taśmy. 


Niespełna godzinny obraz, od dekad przyciąga poszukiwaczy obskurnego sleazu, głównie ze względu na samą specyfikę, łączącą trzy "iksy" z bestializmem. Warto jednak zaznaczyć, że do tematu znacznie ciekawiej podszedł cztery lata później mistrz wysmakowanej erotyki Walerian Borowczyk, w swym kontrowersyjnym "La Bete", śmiało balansującym na granicy twardej pornografii art-horrorze. Od "The Geek" możemy oczekiwać jedynie ślamazarnego tempa i widoku owłosionych partii ciała zgoła mało atrakcyjnych ludzi. Finałowe partie wprawdzie wciąż budzą niezdrowe emocje, należy jednak uczciwe przestrzec: zrealizowane zostały (podobnie jak reszta materiału) na tyle pokracznie, że wywołują śmiech miast zniesmaczenia. Biały kruk, ale mocno przereklamowany.


Wet Wilderness (1976)
dir. Lee Cooper



Drugim daniem wieczoru jest dość paskudne roughie, które sławę zyskało sobie głównie za sprawą... nieautoryzowanego użycia fragmentów ścieżek dźwiękowych z "Psychozy" i "Szczęk". Z miejsca rozpoznawalny motyw muzyczny autorstwa Bernarda Herrmanna towarzyszy nam już w trakcie napisów początkowych. Zaraz potem poznajemy czwórkę obozowiczów. Matka, jej syn i córka oraz koleżanka córki, wybierają się na wypoczynek do lasu. Niedługo po przybyciu do domku, córka wraz z przyjaciółką udają się na polanę, aby tam oddawać grzesznym uciechom. Igraszki przerywa im zamaskowany mężczyzna z maczetą, który terroryzuje dziewczęta i zmusza je do zaspokojenia go ustami. Jurny psychopata nie zamierza odpuścić również pozostałym biwakowiczom...


Co błyskawicznie zwraca uwagę, to krwawy schemat z zabójcą w kominiarce wyżywającym się na Bogu ducha winnych turystach. Stąd już naprawdę niedaleko do takiego "Piątku 13." i gatunku slashera w ogóle. Twórcy "Wet Wilderness" skupiają się jednak w pierwszej kolejności na filmowanych z detalami scenach seksu. Z reguły wymuszonego, co dodaje całości pikanterii. Film Lee Coopera to w istocie kawał paskudnej eksploatacji, utrzymanej w duchu najbardziej zwyrodniałych roughies. To, że mimo wszystko daleko choćby do ultra-obskurnego "Forced Entry", to zasługa naprawdę marnej gry aktorskiej i nieporadnej pracy ekipy (ach, te "wyszukane" kąty kamery, ach, te zbliżenia, ach, ten dźwięk!).


W pamięć zapada głównie postać samego dewianta, który zasapanym głosem skończonego oblecha komentuje zainscenizowaną przez siebie rozpustę. Facet wydaje się czerpać autentyczną rozkosz z gnębienia swych ofiar. Te z kolei nie zawsze sprawiają wrażenie wystarczająco przerażonych, więcej: okazjonalnie też skapnie (sic!) im trochę przyjemności z tej orgii gwałtu, ale taka już w końcu specyfika konwencji. Dramaturgii tu nie uświadczymy, akcja biegnie od jednego fellatio ku kolejnej penetracji, okazjonalnie trafi się za to odrobina gore. No i znów ogromnym minusem jest urwane zakończenie, na które ewidentnie pomysłu już nie było. Mimo wszystko: w wielu momentach podłe i chore dziełko, które z pewnością stanowi nie lada ciekawostkę na tle włochatego pornobiznesu dekady. No i ta muzyka - szaleństwo!




Komentarze